Holenderskie Spotkania #10 – Czerwona dzielnica w Amsterdamie. :o

 

Red light district.
Czyli chyba coś, o czym słyszał każdy.
Tak, popiszę trochę o tym.
Nie, nie znajdziesz tu zdjęć prostytutek. Nie ten blog. 😀

Mój telefon wysiada, gdy nie ma światła słonecznego. 🙁

Jeśli jednak nie wiesz

Czerwona dzielnica jest miejscem, w którym możesz znaleźć panie lekkich obyczajów. Nie muszą się one tam chować, co więcej, one się tam pokazują światu. Taki burdel na skalę osiedla. Spokojnie jednak, zwykły człowiek z ulicy nie widzi ich nago na całe szczęście. Głównie jest to atrakcja turystyczna dla osób, które po prostu zwiedzają Amsterdam. Kobiety jednak naprawdę  tam zarabiają. I to dużo. Pewnie ja tyle przez miesiąc nie mam, co one w kilka nocy.
Czemu tak to nazwali? Bo dziewczyny stoją w oświetlonych na czerwono gablotach i generalnie próbują sobie upolować jakiegoś amanta, który opróżni przed nimi zawartość swojego portfela. 🙂

Fakty bardziej i mniej ciekawe

Czy legalne? No tak, prostytucja nie jest zakazana w Holandii, więc i taki twór też ma prawo bytu. Nawet mogę ci powiedzieć, że policja podobno czuwa nad bezpieczeństwem prostytutek. Nie wiem na ile to prawda, bo ja tam w sumie żadnego policjanta nie widziałam. Choć może nie zwracałam wtedy na to uwagi po prostu.
Ile kosztuje niebywała przyjemność obcowania trochę bliżej z panią z gabloty? Tutaj znalazłam blog jednej takiej, na którym jest napisane, że stawka zaczyna się od 50 do 100 euro za 15 minut. W tym zazwyczaj są jakieś podstawowe usługi, a jak masz jakieś specjalne życzenia, to cena już zależy od tego co sobie wymyśliłeś i potrafi być dużo większa.
O co chodzi z tymi niebieskimi gablotami? No, to takie bardziej ostrzeżenie, że osoba za szybą się kobietą nie urodziła. To są okna transseksualistów.
Ile kosztuje wynajęcie gabloty? Ceny się wahają, ale wynajęcie małego stanowiska to koszt około 85 euro za dzienną zmianę i 115 euro za nocną zmianę. Nie muszą tam też sprzątać, bo robi to specjalna ekipa wynajęta przez właściciela. Nie pomyśl sobie jednak, że jest jeden facet, co ma je wszystkie, o nie. Jest spora grupa tych ludzi. Prostytutki też tam nie śpią ani nie mieszkają, jest to zakazane.

Moje przemyślenia

Widziałam Czerwoną Dzielnicę dwa razy. Raz, jak było widno, to po prostu przeszliśmy przez nią przypadkiem, zmierzając gdzieś indziej. O tej porze było raczej pusto za szybami, choć parę dziewczyn pracowało. Drugi raz poszliśmy tam z premedytacją (i mapami google) już gdy było ciemno, późnym wieczorem, zwabieni ciekawością. Masa ludzi, ogromny gwar, chaos, tłum, wszędzie czerwono i oczywiście dziewczyny za szybami.
Myślę, że więcej było tam chyba jednak osób, które tak jak my, przyszły tylko popatrzeć niż tak naprawdę klientów. Choć jeśli ta dzielnica istnieje, to znaczy, że jej finanse są stabilne. Podsumowując, to czy chcemy, czy nie, najstarszy zawód świata nie bez powodu otrzymał swój tytuł. Zapracował na niego bardzo dobrze i myślę, że ten temat zawsze będzie się przewijał przez świat. Moje odczucia? No ja osobiście nie mam szacunku do takich kobiet. Poszłam z ciekawości, więcej pewnie tam nie wrócę, bo na mojej liście są kolejne miejsca do zwiedzania.
Tak szczerze, to może ze dwie ładne dziewczyny naliczyłam. Nie wiem co potencjalni klienci w nich widzą. 😀

No, a tak między nami, to jeśli ktoś po napisaniu przeze mnie tego posta, przeszukiwałby moją historię przeglądarki, to mógłby pomyśleć, że sama chcę się prostytuować. 😀

Podoba ci się? Zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. :D
 No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie Spotkania #9 – 5 rzeczy, których nienawidzę w Holandii.

Zabawię się dzisiaj w typowo stereotypowego Polaka – będę narzekać! Prezentuję dzisiaj spis rzeczy, które nie podobają mi się w Holandii. Mam nadzieję, że poczujesz się ostrzeżony przed niektórymi aspektami występującymi tutaj, które często przyprawiają mnie o ból głowy. Pamiętaj też o cudownej stronie tego kraju, którą do tej pory ci pokazywałam. Wszystko jednak posiada swoje wady. Wylejmy, więc, wiadro pomyj!
Jest to lista, którą złożyłam po półtora roku mieszkania w Holandii. 

Polskie agencje pośrednictwa pracy

Jest to pierwsza rzecz, o której pomyślałam w momencie, gdy pomysł na ten wpis wpadł mi do głowy. Nie bez powodu, choć jest to bardzo delikatny temat. Oczywiście są dobre i polskie agencje przez które można pracować mieć kwaterunek i żyć spokojnie “na chwilę”. Będę się tutaj wypowiadać na temat tych złych, jednak nie wymienię żadnych nazw. Sama pracowałam przez kilka agencji (co ciekawe mam na koncie też jedną typowo holenderską, z którą też miałam problemy!).
Agencje lubią oszukiwać, wykorzystywać i zarabiać pieniądze. Jeśli miła pani za biurkiem zacznie ci opowiadać gdzie trafisz pierwsze o co spytaj, to dokładną nazwę agencji, pod którą się znajdziesz. Potem wpadnij na którąś z grup na fb (Polacy w Holandii np.) i poszukaj czy nie ma żadnych opinii na jej temat. Często są nawet o pracach, na które ludzie jeżdżą. Trzeba coś na tym etapie zrozumieć. Jadąc do Holandii nie spodziewaj się od agencji jakiegoś specjalnego traktowania. Często jest to przedstawiane jakoby firma była taka super i raz nawet słyszałam, że komuś obiecali oprowadzanie po mieście (pokazanie gdzie są sklepy itd.) Bujda na resorach. Agencja ma na tobie zarobić. Koordynatorzy są w porządku jeśli nie ma żadnych problemów z tobą. Lub póki nie zauważysz, że z wypłąt ucinają ci coraz więcej pieniędzy. Jak przyjechałam do Holandii, to musiałam do samego sklepu iść pięć kilometrów, bo rower dostałam dopiero po tygodniu. Chcesz dowiedzieć się więcej na temat szukania pracy w Holandii? Zostaw komentarz, może napiszę taki post w przyszłości?

Rosyjska Ruletka – Schody

Co tu dużo opowiadać. Schody w Holandii są po to, by z nich spadać. Jeden fałszywy ruch i jesteś na dole. Odkąd jestem w Holandii zdarzyło mi się spaść dwa razy, za pierwszym połamałam jeden ze schodów, a jadąc w dół nabawiłam się blizny. Drugi raz niecały miesiąc temu. Strome, wąskie, śliskie, straszne po prostu. Zresztą co ci będę opowiadać.
Od samego patrzenia mnie boli.

W Holandii jest dyskryminacja.

Jeśli ktoś wam próbował wciskać, że to jest taki tolerancyjny kraj, to chyba nigdy w nim nie był, ale znów nie chcę generalizować tego zjawiska, bo po prostu nie wszyscy Holendrzy chcą nas wysłać tam skąd przybyliśmy. Sama mam przyjaciół i znajomych stąd, więc to chyba o czymś świadczy. 😃 Jednak zetknęłam się z dyskryminacją nie raz w przeszłości i pewnie nadal będę czasami jej doświadczać. Taka kolej rzeczy dla Polaka tutaj.
Szczególnie jest to ostatnio odczuwalne w mediach, coraz więcej widzę zdjęć gazet z nagłówkami typu “Coraz większy ból głowy przez Polaków”, czy “Polacy znów zrobili coś tam coś tam”. Właśnie tak to działa. Jeśli zdarzy się wypadek, w którym uczestniczył pijany Polak, to Holendrzy dobitnie podkreślą tę narodowość. Wielkim fontem, grubym, dużymi literami i dopiszą słowo “ZNÓW”. Jeśli to Holender, to wiadomo, gdzieś tam o tym wspomną, na ostatniej stronie, jakimś małym druczkiem. To tylko kropla w morzu innych sytuacji niestety.

Jedzenie

Nie wiem jak innym, ale mnie, na przykład, nie smakuje większość potraw, które Holendrzy uznają za wyśmienite. W sylwestra na przykład moja sąsiadka, super kobieta swoją drogą, przyniosła nam Oliebollen (na zdjęciu poniżej), są to takie pączki, które nie wiem jak, ale są tak tłuste, że jak je trzymałam w opakowaniu, to miałam wrażenie, że cały ten tłuszcz wpija mi się w ręce, nie mówiąc w ogóle o jedzeniu tego. Wytłumaczyła nam, że je się je w sylwestra i nowy rok. Rzeczywiście 31 grudnia widzieliśmy przed sklepem wielkie stoisko na którym je smażyli. Spróbowałam kawałek, ale jednak nie na moje smaki. Tak samo kanapki z wiórkami czekoladowymi, jakim cudem w ogóle ktoś to wymyślił? 😀 Niestety raczej już zawsze będę chodzić do Polskich sklepów.
mmmmmm, głodny?

Urzędy

Nie wiem, czy to ja mam takiego pecha w tym temacie, czy wszyscy, ale za każdym razem ostatnio, jak próbuję coś załatwić, to zderzam się z konkretnym murem. Dzwoniąc na infolinie, muszę opowiadać co chcę osiągnąć pięciu różnym osobom, bo tyle razy mnie przełączają do kolejnych działów. Potem oczywiście muszę czekać kolejne tygodnie na listy, sprawdzać status na kontach i ogólnie cuda na drzewie. Nie polecam naprawdę, od tego momentu wszystko będę załatwiać przez księgową, o.
Jak widzicie Holandia to nie są same super rzeczy. Życie tutaj czasem może zakrawać nawet pod niebezpieczne! 😃 Jestem ciekawa, czy wpadają tu Polacy mieszkający w innych krajach na świecie. Sama przeglądam dużo 
takich blogów. Jeśli jesteście, to się odezwijcie!

Podobało ci się? Polub mój fb i zostaw komentarz, to dla mnie dużo znaczy! :) 

No, to do następnego!
Ania. 💕

Holenderskie Spotkania #8 Pory roku w Holandii


Cześć! Właśnie się obudziłam z niewygodnej drzemki na siedzeniu auta. Trzy godziny, nie mogąc się porządnie ułożyć, to katastrofa wręcz. Jesteśmy właśnie w Niemczech, a kierunek Polska. Spać już raczej nie pójdę. Raz muszę napisać posta, dwa – kierowcy przecież nie zostawię samego w swoim nieszczęściu braku snu. Dzisiejszy dzień odbył się na generalnie wariackich papierach, bo musiałam wyrobić się ze wszystkim w półtorej godziny, będąc po pracy. Nawet nie spakowałam się wcześniej! Nie przedłużając, nawet gdy opuszczam kraj Niderlandów na trzy dni, to nie przestaję o nim pisać. Dzisiaj porozmawiajmy o rzeczy bardzo prostej – pory roku w Holandii.

Holendrzy zwykle mawiają, że jednego dnia możesz mieć wszystkie cztery pory roku naraz. Zgadzam się z tym w zupełności. Budzisz się o szóstej i masz deszcz, po dwunastej robi się wręcz gorąco, a na wieczór przychodzi burza/sztorm. Bywa niewygodne, a szczególnie występuje wiosną i jesienią. Nie wiesz jak masz się ubrać, czy brać parasolkę czy nie.

Pierwsza zasada – brak śniegu.

Holandia to w gruncie rzeczy dla Polaka ciepły kraj. Zimą temperatury raczej nie wkraczają w tereny poniżej zera, chyba że w nocy. W dzień jest to zazwyczaj do sześciu stopni. To wszystko sprowadza się do jednego faktu. Jeśli kochasz śnieg, bałwanki i aniołki na śniegu, nad życie nie przyjeżdżaj tu żyć. Raz pamiętam wyszliśmy rano o piątej do pracy, a na ulicy leżała cieniutka warstwa i trochę padało. Jaki to był wrzask szczęścia. Spokojnie. Do godziny jedenastej już go nie było.

Druga zasada – Wiatr zawsze wieje ci w twarz.

Nieważne w którą stronę jedziesz. Nie ma to żadnego znaczenia. Nienawidzę za to tego kraju, bo wtedy jazda rowerem staje się wyzwaniem na miarę światową. Po prostu nie da się utrzymać nawet prosto kierownicy czasem, gdy występują silne wiatry.

Dobra, a teraz chwila prawdy. Nie dałam już rady pisać w aucie. Świat uraczył mnie niestety mocną chorobą lokomocyjną, a po aviomarinie idę od razu spać, także chyba nigdy nie będę produktywna w samochodzie. 😀

Podsumowując pogodę w Holandii – jeśli lubisz śnieg, to tu nie mieszkaj, ale jeśli lubisz jesień, to zapraszam, jest tu jeszcze piękniejsza niż w Polsce, nie żartuję! W lato nie ma upałów, za to wiosna jest dość chłodna. Myślę, że jednym słowem – jest łagodniej. Tylko pada dużo.

Jestem zakręcona normalnie jak słoik ostatnio! Ale jeśli podoba ci się to, co czytasz, polub mojego fp na facebooku, będziesz na bieżąco! To naprawdę dużo dla mnie znaczy. :)

Możesz się też skontaktować ze mną przez zakładkę u góry strony. Na e-maile odpowiadam od razu~!

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #7 Urzędy holenderskie?!

 

Przepraszam za tydzień bez postów! Kajam się nisko, bo zwyczajnie zabrakło mi… nie wiem czego. Motywacji, chęci. Zmieniłam pracę w międzyczasie, więc wolnego czasu także nie miałam. Nie chciałam też przyjść o 22:00 do domu i jeszcze pół żywa pisać, bo wyszłoby z tego więcej szkody niż pożytku. Na szczęście istnieje mój chłopak, który bawi się w osobistego blogowego agenta i ponagla do pisania. 😀 Także tego… dzisiaj na tapetę bierzemy… urzędy holenderskie!

Nie taki diabeł straszny jak go malują.

Mając już doświadczenia z urzędami w Polsce, dosyć sceptycznie podchodziłam do tego tematu, osiedlając się w Holandii. Chyba większość ludzi przez to przechodziła. Ja, żeby wyrobić dowód osobisty, wkraczając w dorosłość, siedziałam cztery godziny na korytarzu z numerkiem w ręku. Nie wspominając o tym, że gdy poszłam do PUPu, to mi miła pani powiedziała, że ona może mnie zapisać na staż, ale już zapisała na niego dwadzieścia osób i raczej nie mam żadnych szans, a ona chce tylko dopełnić papierkologii. Oczywiście po tym jak już odczekałam swoje w kolejce ludzi przede mną. Gdy jeszcze mieszkałam w Polsce i słyszałam słowo “urząd” zaczynało mi się robić niedobrze.

Dlatego też, gdy przyjechałam tutaj, nie chciałam mieć zbyt wiele do czynienia z organami państwowymi. Przyjechałam na wakacje, nie interesowało mnie nic, a agencja pracy podobno załatwiała wszystko. Do tej pory nie wiem, czy to prawda, ale koniec końców numer BSN poszedł gładko, dziesięć minut i już miałam w łapce, będąc po wszystkim. To wtedy zakiełkowała mi pierwsza myśl zwątpienia. Może nie taki diabeł straszny jak go malują? Może tu jest inaczej?

Łoo panie, wszystko przez internet!

To jest właśnie najpiękniejsza rzecz, jaką mógł stworzyć człowiek, który wymyślił ten cały holenderski system. W dodatku to nie działa tak samo jak w Polsce! Ale od początku. Wprowadzę cię teraz w tajniki tego, jak tu to wszystko działa. Przyjeżdżając do Holandii na stałe, musisz postarać się o meldunek. O numerze BSN (Jest to numer identyfikacji finansowej, bez niego ani rusz), nie będę wspominać, bo to jest obowiązkowe dla każdego. Meldunek na dany adres dostaje się w gemeente (gminie), a żeby mieć przyjemność go posiąść, nie musisz wcale czekać w kilometrowej kolejce, grając kolejną rundę nudnej gry na telefonie, czekając aż ci bateria padnie.

To jest właśnie w tym fajne. Dzwonisz do swojego lokalnego urzędu, mówisz miłej osobie po drugiej stronie, że jesteś osobą przyjezdną, a ona ustala ci godzinę, dzień i mówi ci co masz ze sobą mieć. Gdy ja dzwoniłam o to, ustalili mi termin na za dwa tygodnie, ale to też dlatego, bo potrzebowałam popołudniową godzinę. I gdy przyszłam tam, wzięłam ten numerek, on zaraz pojawił się na ekranie i mogłam swobodnie iść. Co jest jeszcze lepsze, osoba, która siedziała po drugiej stronie biurka wiedziała już z czym przyszła, więc byłam tam może łącznie pół godziny. (Bo akurat skaner był zajęty przez kogoś innego).

Już tylko lepiej?

Oczywiście, że lepiej, bo gdy już dostałam meldunek, mogłam wyrobić sobie DigiD. To jest twój klucz do szczęścia, bo mając go możesz załatwić wszystko od ręki.  Potrzebujesz papierek? Kilka kliknięć i trzy dni później masz go w swojej skrzynce na listy. Nie musisz nigdzie dzwonić, jechać, siedzieć. Wszystko już potem załatwiasz właśnie w ten sposób. Logując się przez DigiD na różne strony urzędów.

I życie staje się piękne, prawda?
Jakie ty masz odczucia względem tego systemu?

W ogóle to już niedługo oficjalnie zaczyna się jesień! Wraz z nią wystartuje oficjalny instagram CF, na którym codziennie przez cały okres trwania tej pory roku, będę dodawała jedno zdjęcie! :) Przynajmniej postaram się robić to sumiennie.

Miłego wieczoru misie kolorowe i do następnego!
 Ania.

Holenderskie spotkania #5 – Zielone tereny w Holandii

 

Kiedyś usłyszałam od znajomego, że mam nigdy nie jechać do Holandii, bo tam jest w ogóle tylko jedno miejsce, w którym znajdują się zielone tereny. Miał na myśli lasy, drzewa, generalnie rozwiniętą przyrodę. Potem, gdy jechałam już busem na miejsce zero, czekając na najgorsze, ludzie zaczęli nagle rozmawiać o tym samym. Kto w ogóle tam mieszka? Przecież tam w ogóle ludzie z naturą na bakier. Nie to co Polska przecież, Holendrzy już długo nie pożyją, zabraknie im tlenu (autentyk!).  Zabijam więc kolejny mit i uspokajam ludzi!

Nationale Parken

W Holandii jest aż dwadzieścia parków narodowych, które łącznie zajmują 130,000 hektarów. Nie będę tutaj przywoływać wszystkich po kolei, bo każdy jest inny i na temat każdego mogłabym napisać esej.  Do każdego parku można wejść za darmo, z wyłączeniem De Hoge Veluwe, ponieważ tam w opłatę wchodzą rowery oraz wejście do muzeum geologii i biologii Veluwe. (Wszelkie informacje dotyczące aktualnych cen w języku angielskim znajdziecie tutaj.)

 

(żródło: http://www.nationaalpark.nl/)

Ogródki

Nie wiem czemu, ale Holendrzy zaskakująco dużą wagę przywiązują do swoich małych ogródków przed domem. Potrafią wydać na nie grube tysiące euro, wliczając w to jakiegoś słynnego projektanta zieleni. Oczywiście efekt jest świetny, bo przechadzając się po różnych osiedlach, jest bardzo czysto, estetycznie i kolorowo od kwiatów. Często przed wiosną i jesienią można spotkać masę ludzi, którzy porządkują wszystko. Mimo, że przesadzają, to chociaż jest na co popatrzeć.

Mini-Zoo

Mój zdecydowany faworyt! W miastach w Holandii są takie niewielkie ogrodzone drewnianym płotem tereny, w których są zwierzęta. Można je karmić i są one łagodne. Kozy, alpaki, kury, koguty, indyki i… kangury. Tak dokładnie. U mnie są trzy takie parki, z czego jeden jest duży i koło niego znajduje się replika zamku, w której mieszkają świnki morskie! Idealna atrakcja zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.

Podsumowując, nawet w centrum miasta znajdziemy kwiaty, zieleń i parki. Gminy bardzo dbają o porządek i czystość na ulicach, są nawet specjalne służby, które zajmują się roślinnością. Mi osobiście nie brakuje tutaj nic pod tym względem. 5 minut rowerem od mojego domu jest jezioro, a 15 minut kolejne. Blisko jest też ładna ścieżka, otoczona drzewami wiśni. Idąc nią na wiosnę można poczuć się jak w różowym świecie! Gdyby było mi mało, to obok jest jeszcze jedno z mini-zoo.

Jeśli ktoś wam powie – Nie jedźcie do Holandii, bo tam przyroda umarła – wyślijcie go do mnie. Już ja go naprostuję. 😀

Nie zapomnijcie, że na facebooku jest fp bloga!
No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #4 Język!

 

No nie byłabym sobą, gdybym nie dodała tutaj takiego posta. Naprawdę chyba nie byłabym kompletna, gdybym nie przybliżyła Tobie choć małej części tego jak wygląda język holenderski. Choć nie znam go za wiele jeszcze, to wydaje mi się, że w prostej konwersacji już sobie poradzę, a i rozumiem bardzo dużo, więc może będę dobrym przewodnikiem i w tej sferze. Także bez kolejnych przynudzających wstępów, zapraszam na kilka ciekawostek językowych!

#1 Im szybciej i bardziej zawile mówisz, tym większa szansa, że ktoś cię rozumie. To na początku było dla mnie bardzo dziwne, bo przecież w języku polskim powinno mówić się wyraźnie i nie śpieszyć za mocno. Jednak tutaj działa to w zupełnie przeciwnym kierunku. Jak bełkoczesz coś pod nosem po holendersku w zatrważającym tempie, to masz pewność, że wszystko jest okej! Inni nawet nie wyłapią twojego błędu gramatycznego, czy innych mankamentów. Piękne, nieprawdaż? No jednak nie, bo póki się nie nauczysz, to dla ciebie bełkot pozostanie bełkotem. Z początku nie umiałam wyciągnąć nawet słowa z konwersacji toczonych wokół mnie. Teraz już jest coraz lepiej, ale to kwestia czasu. Jeszcze przez chwilę nie będę za nimi wszystkimi nadążać chyba.

#2 Holenderski jest bardzo podobny do niemieckiego i angielskiego. Gramatyka prawie kompletnie wzięta od Niemców, a wymowa od Anglików. Czasem przeplatają się francuskie słowa. (np. niektórzy zamiast “dank u” mówią “merci”.) Więcej przykładów nie podam, bo ich zwyczajnie nie znam, a i słów bym pewnie nawet nie powtórzyła. Taka mieszanka, mająca jednak coś specjalnego. Dziwie się jak taki ciekawy zbitek istnieje w ogóle.

#3 Gezellig. To chyba ulubione słowo holendrów, jednakże nie ma ono tłumaczenia dosłownego na język polski czy angielski. Oznacza coś przyjemnego, miłego, dobrego, cozy. Osoba może być gezellig, spotkanie, film w kinie, czyjeś mieszkanie, chyba dosłownie wszystko. Ludzie go używają w nadmiarze, wychodząc z domu, słyszę je od dwóch do pięciu razy, zależy od czasu przebywania między ludźmi.

 

Mimo tego, że Holandia ma swój język, to i tak często mieszkańcy mówią automatycznie po angielsku. Jakiś miesiąc temu, przyszło do mnie jakieś dziecko, no może osiem lat, zapukało do drzwi i spytało się po holendersku o coś, a że nie zrozumiałam, to odpowiedziałam, że nie rozumiem go dobrze, również w jego języku, a on się pyta mnie, czy umiem angielski! No w szoku chyba pozjadałam rozumy, bo dałam im 5 euro na szkołę, a potem dopiero się ogarnęłam, że przecież są wakacje. Może po prostu jestem aż tak naiwna?

no i oczywiście to, co króliczki lubią najbardziej, czyli BONUS. 😀

Według internetu, najdłuższe holenderskie słowo ma 53 litery i brzmi
ono kindercarnavalsoptochtvoorbereidingswerkzaamhedenplan, a oznacza przygotowania poczynane przez dzieci przed karnawałem. Bo to święto też tutaj jest bardzo hucznie obchodzone. Ten temat jednak zostawimy sobie na jakiś inny piątek.

 

Mam nadzieję, że przyjemnie ci się czytało, tę dość szybką, notkę.  Jutro nie będę aktywna raczej w żadnym ze swoich kanałów social media, bo obchodzę urodziny i spędzam je z bliskimi. 🙂 Teraz już kończę, bo bateria w laptopie pokazuje mi pięć procent.

No, to do następnego!
Ania.

Fajerwerki w Scheveningen!

Rusza fp na facebooku! Polub, a będziesz dostawał małe ciekawostki o Holandii, będziesz miał częściowy wpływ na content bloga, a także wiele innych! 🙂

Cześć!

Wtorki nie mają jakiejś przydzielonej serii, więc mogę tutaj wrzucać co mi się żywnie podoba! Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły z tego powodu. W końcu postuję rzeczy, które nie każdy chce czytać. Jeśli jednak jesteś tu dalej to dziękuję! Doceniam każde wejście na tego bloga i zawsze będę to robić.

Dzisiaj mam dla was relacje z Scheveningen. Mam wrażenie, że plaża nad morzem północnym o każdej porze roku jest fantastycznym miejscem, a w sierpniu to już szczególnie, bo tego miesiąca odbywa się tutaj festiwal fejerewerków! W zeszłym roku niestety udało mi się je zobaczyć tylko z auta, ponieważ tak długo szukaliśmy miejsca parkingowego w Hadze. Z tego powodu, w zeszły weekend, pojechaliśmy tam wcześniej. O godzinie 18 (gdzie sam pokaz zaczynał się o 21:45) również mieliśmy trudności z zostawieniem auta, dlatego zainteresowanym polecam chyba wybrać się na cały dzień i dobrze poznać wszystkie parkingi w tym mieście!

Udało się. Dotarliśmy. Zaparkowaliśmy. Było trochę do przejścia pieszo, ale to nie popsuło nikomu humoru, szczególnie, że trasa biegła wzdłuż linii brzegowej i mogliśmy po prostu podziwiać. Ja osobiście kocham piękne widoki. Mogłabym na nie spoglądać całymi dniami. Pewnie to dlatego, że zawsze bujam głową w obłokach. Dosłownie. Kiedyś jadąc do pracy na rowerze i patrząc się w niebo prawie wjechałam w drzewo.

No ale do rzeczy. Jak już doszliśmy do celu i zjedliśmy mały fastfood (niech żyje dieta!) zostało nam jeszcze trochę czasu do startu. Wpadłam więc na chyba z najlepszych moich pomysłów w życiu, nie żartuję. Za słowa “chodźmy na diabelski młyn”, będę się chyba kochać do końca życia!

No i poszliśmy. Odstaliśmy swoje, kupiliśmy bilety. Żeby przejechać się pięć razy na tej atrakcji płaci się 9 euro od osoby. A jeśli zapłacicie 70 euro, to dostaniecie bilety dla czterech osób i butelkę wina. Wagoniki czyste, klimatyzowane, oświetlone, a nawet ze stoliczkiem po środku. Bardzo przyjemnie się jedzie te pięć okrążeń. No właśnie. Z nami to wyglądało troszeczkę inaczej…

… Bo wsiedliśmy, gdy akurat miał się zaczynać pierwszy pokaz. I się zaczął. Jak akurat się kręciliśmy podziwiając nocny widok z góry na Hagę. Łącznie zrobiliśmy dwanaście albo trzynaście okrążeń, bo obsługa oglądała pokaz. Jeden z panów, który nas wpuszczał, wszedł na metalową konstrukcję i robił zdjęcia swoim telefonem.

Pierwszy pokaz należał do Chin. Naprawdę bardzo ładnie zrobiony, piękne kolory, piękne sekwencje, ślicznie. Na drugi już nas wypuścili z wagoniku i przeszliśmy na molo. Kolejnym łutem szczęścia znaleźliśmy sobie miejsce do siedzenia. Ta noc wygrywała wszystko i stawała się lepsza z każdą minutą! Szczególnie, że drugi – Francuski pokaz – był o niebo lepszy. w mojej opinii. Podbili moje serce całkowicie!

Cały festiwal skończył się chwilę przed 23, w dodatku czekała jeszcze długa podróż do domu, ale wiesz co? Było warto. Naprawdę jeden z lepszych dni mojego życia.

Festiwal będzie jeszcze w ten weekend w piątek i sobotę, wstęp na niego jest darmowy, także jeśli nie macie planów, to polecam! Macie jeszcze kilka(naście) zdjęć. 🙂

A w ramach przeprosin, że post jest tak późno BONUS
policja na koniach. 😀
Więcej zdjęć wrzucę może kiedyś na fp, jak już je dostanę. Zresztą jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie o jakiś atrakcjach w Scheveningen, bo są one często organizowane. 

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #3 Sklep w kościele?

Dzisiaj w sumie więcej zdjęć niż tekstu, ale i tak mam nadzieję, że będzie ciekawie. Letnia holenderska pogoda nam zdecydowanie nie dopisuje, zimno, ponuro i mokro. Zupełnie jakby świat stwierdził, że weźmie sobie do serca moją prośbę o koniec lata. Dla mnie nawet lepiej!

Ponieważ Holendrzy nie są narodem szczególnie wierzącym, to część kościołów jest wykorzystywana w innych celach. Także w naszym małym mieście mamy w jednym z nich teatr, a w drugim ‘sieciówkowy’ sklep – Jumbo. Taka biedronka za granicą.

Uspokajając was troszeczkę, nie każdy kościół zostaje zamieniony w jakieś miejsce użyteczności publicznej. Wciąż są tutaj takie, które działają aktywnie, gdzie nawet odbywają się co niedzielę polskie msze, a raz do roku pasterka, święcenie koszyczków na Wielkanoc, czy inne większe wydarzenia.  Ciężko się przyznać w sumie, ale jak pierwszy raz weszłam do tego Jumbo, to nawet nie zauważyłam, że to kościół.

Wiesz coś o Holandii, ale nie umiesz nic na ten temat znaleźć? Napisz do mnie przez zakładkę kontakt! Zrobię research. 🙂 Podziel się też przemyśleniami, o tu, na dole, w komentarzach, właśnie tam! Dobrze widzisz! Tymczasem ja się oddalam i zostawiam was, byście przetrawili nowe informacje na własną rękę. 

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #2 Jedzenie

 

Kto lubi jeść, niech szybko podniesie rękę do góry. Widzę las rąk, więc zapraszam na kolejne holenderskie spotkanie! Dzisiaj szczegółowo omówimy niektóre potrawy, które uchodzą za “kulinarną łatkę Holandii”. Ładnie to ujęłam, prawda?

Do dzieła. Po pierwsze i najważniejsze…

#1 … Ser.

Wszędzie. Naprawdę. W głupiej sieciówce mają tyle sera do wyboru, że aż nie wiadomo co wybrać. Oprócz tego chyba w każdym średnim i dużym mieście jest cały sklep specjalizujący się właśnie w jego sprzedaży. Bo przecież Holandia jest królem właśnie tego rodzaju. Duże, małe, z dziurami, bez dziur. Twarde, półtwarde. Tutaj znajdziesz każdy. Zapewniam.  Ciekawostką jest fakt, że wyroby mają takie same nazwy, lub bardzo podobne, do istniejących miast. Mamy Goudę, która jest naprawdę pięknym miejscem, polecam zobaczyć. Jest też Edam, Amsterdam, Leerdammer, Maasdamer i wiele, wiele innych. Produkcja sera w Holandii sięga do 600 lat wstecz, także chyba znają się na rzeczy. Polecam skosztować przy okazji wizyty.

#2 Hagelslag

To akurat jest ta dziwna część postu. Do tej pory nie do końca rozumiem fenomenu tego “dania”. Naprawdę. Hagelslag bowiem jest to kanapka z czymś, co ja bym przyrównała do polskiej, czekoladowej posypki dekoracyjnej. Mamy tost, na to możemy posmarować masło bądź miód i na to właśnie dorzucamy posypkę. Właściwie tak to je większość ludzi, jednak każdy może modyfikować Hagelslag jak chce. Holendrzy zazwyczaj jedzą to na śniadanie. Ja jednak zostanę przy swoich Cinni Minnis z mlekiem i owsiance.

#3 Stroopwafel

Skoro już przy słodkościach jesteśmy, to zatrzymajmy się jeszcze na chwilę. Po ponad roku mieszkania w Holandii, gdy ktoś mnie pyta jaki tradycyjny deser bym mu poleciła, jedyne co mi przychodzi do głowy to właśnie stroopwafel. Nie wiem dlaczego tak jest, może przez jego popularność. Są to okrągłe cienkie ciasteczka, składają się na nie dwa cienkie wafle z syropem między nimi. Taka jest najpopularniejsza odmiana. Jednak te przysmaki mogą również występować z dodatkami zmieniającymi smak. (np. Cynamon). W pracy, codziennie jakiś losowy holender zawsze je posiada! Bardzo smaczne.

#4 Stamppot

Wejdźmy w umysł typowego, tradycyjnego Holendra na kilka minut. Wyobraźmy sobie zimę, ludzi w płaszczach wychodzących z pracy, niskie temperatury. Śniegu nie, bo tu prawie w ogóle go nie ma. Jedyne co mi przychodzi w takich sytuacjach na myśl, to ciepły sweter, grube skarpety i coś dobrego do zjedzenia. Sycącego i miłego. Stamppot właśnie takim daniem tutaj jest. Idealnym na zimowe wieczory. Ale co to tak dokładnie? Po prostu ugotowane ziemniaki z warzywami utłuczone razem. Nie ma tu żadnej filozofii, a i przepis można swobodnie modyfikować. Także mamy wersje z jarmużem, kapustą kiszoną, białą kapustą etc. Do tego zazwyczaj dodaje się wędzoną kiełbasę “rookworst” lub boczek pokrojony w kostkę. Niektórzy nawet dodają ser i owoce. Nie wiem czy chciałabym takiej odsłony tej potrawy spróbować.

#5 Hollandse nieuwe Haring

Rybka! Ale za to jaka! Śledź! Młody w dodatku. Nie jest to jednak coś, co sobie właśnie wyobrażasz. Tutaj z ich połowem naprawdę nie ma żartów, ponieważ są specjalne okresy, w których się to robi tak, by były jak najlepsze – czyli najmłodsze. Są to ryby zazwyczaj do pierwszego roku życia. Małe, tłuste, delikatne i co najważniejsze o wiele mniej słone. Naprawdę się różnią od tych z corocznej wigilii, polecam się skusić.

“Za takie coś, to ja podziękuję, już jadłem w Polsce, kłamczucho”

A wcale, że nie! Idąc do jakiejś restauracji masz prawie zerowe szanse, że zamawiając taką rybę naprawdę ją dostaniesz. Tego smaku nie da się podrobić w żaden sposób. Jest po prostu… holenderski. 🙂
I ciekawostka. Raz do roku w porcie Scheveningen odbywa się aukcja pierwszej małej beczki śledzi, a pieniążki (średnio koło 80 tysięcy euro) idą na cele charytatywne.

Podsumowanie

Kuchnia holenderska nie jest i nigdy nie będzie moją ulubioną. Parę rzeczy jem, ale to jednak wciąż mało. Tutejsi ludzie jedzą tłusto i suto, a to nawet nie jest na mój żołądek. Może po prostu nie trafiają w moje gusta? Dobrze, że jednak istnieją te polskie sklepy. 😉

Jadłeś/łaś coś w Holandii? Napisz w komentarzu! Może nie wiem o jakiejś potrawie i chętnie spróbuję?
No, to do następnego!
Ania.

 

Holenderskie spotkania #1 Waarschuwingsstelsel

Witam w pierwszym poście serii „holenderskie spotkania”! Dzisiaj będę twoim wirtualnym przewodnikiem, który wprowadzi Cię w inną kulturę.

Szczerze, nie byłam do końca pewna, czy powinnam to robić, bo część z tych rzeczy stała się już dla mnie tak oczywista, jak mycie zębów rano i wieczorem. Dzięki jednej z grup na facebooku jednak, uświadomiłam sobie, że mogę zaciekawić tym innych ludzi. Może komuś otworzę oczy i pokażę w tej serii Holandię taką jaka jest, naprawdę piękną, wielobarwną, przyjemną, a co najważniejsze – spokojną. 

Przygotuj się i usiądź wygodnie, bo dzisiejszym tematem jest:

Czemu, do ciężkiego wafla, Holendrzy ignorują te wszystkie sygnały alarmowe i nic sobie z nich nie robią?

Często widzę w internecie takie zdanie. Wiesz, to jest dziwne, rozumiem to, syrena wyje, ale nic się nie dzieje. Ludzie nadal pakują nieśpiesznie swoje zakupy, dzieci wciąż się bawią na placu zabaw. Dlaczego?

Bo to jest bardzo normalne. Przynajmniej tutaj, ponieważ te syreny alarmowe nie wyją ciągle. Usłyszysz je każdego pierwszego poniedziałku miesiąca o godzinie dwunastej. Osoby, które wtedy akurat przyjechały w wakacje, mogły tak to odebrać, że coś zwiedzają, jedzą, a tu nagle wyjąca syrena. I telefony innych ludzi przy okazji.

W Holandii znajduje się sieć syren ostrzegawczych, których według wikipedii jest 3800, część holenderskich stron też podaje taką liczbę, innej nie znalazłam, więc to może być prawda. Głową jednak za to nie poręczę. Nazywa się to Waarschuwingsstelsel i ich ogólne założenie jest takie, że mają być słyszalne w całym kraju. Nieważne gdzie jesteś i co robisz. Wycie trwa minutę i dwadzieścia sześć sekund, by potem znów na miesiąc zamilknąć. Testy. Po prostu. Wyjątkiem są czerwone kartki w holenderskim kalendarzu wypadające akurat tego dnia. Wtedy syreny nie są włączane. Ostatnio taki dzień wypadł właśnie piątego czerwca w drugi dzień zesłania ducha świętego (2de pinksterdag). Wtedy portale nawet pisały o tym fakcie, by przygotować obywateli.

W ciągu ostatnich lat rozwija się tutaj także system powiadamiania przez telefon komórkowy. Jeśli przypadkiem to czytasz i mieszkasz w Holandii, to wszystkie informacje jak podłączyć do tego swój sprzęt znajdują się tutaj. Jeśli to zrobisz, to w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca on także zacznie niebotycznie wyć.

Ale istnieje jakaś tam szansa, że sygnał usłyszysz w inny dzień o innej godzinie. Co należy wtedy zrobić? Udać się jak najszybciej do domu, zamknąć drzwi i wszystkie okna, nie wychodzić a następnie włączyć sobie telewizję lub radio i wysłuchać wszelkich komunikatów, jakie się tam pojawiają. Możesz także skorzystać z internetu, bo tam też na pewno znajdziesz wszelkie informacje. Jeszcze nie spotkałam się z taką sytuacją, więc to raczej w ramach ciekawostki i może uświadomienia dla ludzi, którzy też tu mieszkają.

Moja opinia? No cóż, część polityków chce się pozbyć tych testów. Zgadzam się z nimi, aczkolwiek może po prostu przestawić je w jakieś losowe dni i powiadamiać o tym ludzi wcześniej? Na przykład jeśli coś akurat się stanie tego nieszczęsnego poniedziałku, to nikt na to nie zareaguje. Ludzie to zignorują i będą robić wszystko dalej tak, jakby nic się nie działo. Jeśli powiedzmy ktoś chciałby zaatakować Holandię czysto hipotetycznie, to myślę, że stałoby się to właśnie wtedy. Przynajmniej ja bym tak to ustawiła, gdybym miała takie plany. Ale nie mam, gwoli ścisłości! 😉

Na sam koniec opowiem ci moją pierwszą przygodę z systemem syren w Holandii. Akurat się zdarzyło, że byłam po nocce w pracy i spałam, a że jedno z takich głośnych cudów technologii mieliśmy dosłownie kilkanaście metrów od domu, to słyszałam bardzo wyraźnie każdą sekundę trwania sygnału. Zerwałam się z łóżka i zastanawiałam co się w ogóle dzieje. Szczególnie, że nienawidzę wręcz bycia budzonym. (No zabiłabym!) Jeszcze zaspana wyjrzałam przez okno i gdy zobaczyłam, że życie idzie swoim powolnym tempem, ludzie nie reagują, a w międzyczasie wycie się skończyło, po prostu wróciłam do spania. Potem chłopak mnie uświadomił co to tak naprawdę jest. Na kolejne byłam już przygotowana, a teraz już nie zwracam na to większej uwagi. Jak słychać, po prostu sprawdzam kalendarz.

A tutaj możecie sobie posłuchać wyjącej syreny w Utrechcie.

Jakie są Twoje przemyślenia na temat tych testów? Daj znać w komentarzu!

A może chcesz pomóc w tworzeniu Holenderskich spotkań? Chcesz poczytać o czymś konkretnym dotyczącym kraju tulipanów? Wyślij mi to koniecznie poprzez zakładkę kontakt u góry strony!

Lubisz to co widzisz? Zaobserwuj bloga! Pracuję właśnie nad porządnym newsletterem.

Małe ogłoszenie: Posty na blogu będą pojawiały się w każdy wtorek i piątek, z czego piątki będą zarezerwowane tylko dla postów z holenderskiej serii, we wtorek tematy będą różne.
Wraz z 1 sierpnia wystartuje oficjalny fp na facebooku bloga, gdzie będę robiła challenge językowe, a także zacznie się holenderskie wyzwanie fotograficzne na na moim instagramie.

No, to do następnego!
Ania.